[TechOT] Aktualizacje

Aktualizacje to temat rzeka. Geekowie nie mogą się doczekać, reszta raczej nie lubi. W zasadzie, dlaczego?

 

Dwa dni temu podczas wyłączania laptopa zainstalowała mi się aktualizacja Windowsa. Było to na uczelni, nie pierwszy i nie ostatni raz. Po powrocie do domu nawet go nie włączałem i dopiero kolejnego dnia znowu chciałem z niego skorzystać. Tutaj nastało moje zdziwienie: ekran tak jak był czarny tak i pozostał po włączeniu systemu. Test przy podłączonym zasilaczu – nadal nic. Podłączam więc laptop do zewnętrznego monitora. Działa. Czyli sprawa sprzętowa. Ostatecznie znajduję felerne połączenie taśmy z płytą główną i dopycham to co się lekko odpięło. Działa. Prawie. Windows nadal nie wyświetla nic, poza podświetlonym czarnym ekranem. Po szybkiej aktualizacji sterowników wszystko działa.

Pytanie co bym zrobił, gdybym akurat nie miał zewnętrznego monitora, na którym mogłem spokojnie operować aby pobrać wymagany sterownik.

Nie wierze, że sterownik się popsuł tylko i wyłącznie od tego, że taśma była odpięta i podpięta ponownie do płyty głównej. To musiała być sprawka aktualizacji Windowsa. Aktualizacji bezpieczeństwa systemu oraz Adobe Flash Player’a. Jak to jest, że taka aktualizacja powoduje zepsucie sterownika ekranu? Co ma piernik do wiatraka poza mąką?

 

Geekowie uwielbiają aktualizacje, bo te często dają nowe funkcjonalności. Weźmy na przykład taki Android. Wszyscy oczekują kolejnych edycji na swoich smartfonach. Bo lepszy multitasking, bo nowe powiadomienia. Całkiem sporo osób zapisuje się też do Windows Insiders, aby testować nowinki jako pierwsi.

W całym tym pędzie zapominamy czasami, że aktualizacje często też psują. A to bateria nagle krócej trzyma, bo ktoś schrzanił optymalizację nowego feature’a, a to jakiś program nie działa bo nagle zmieniło się API i rzuca wyjątkami na lewo i prawo.

Wydaje mi się, że bardziej zauważają to ludzie, którzy na co dzień nie siedzą tak głęboko w technologii jak my. Oni aktualizują sprzęty gdy jest to już faktycznie wymuszone. Mają wstręt do nowych wersji czegokolwiek. Nowy wygląd aplikacji? Nieee, przecież stary był tak dobry! Nowa wersja systemu? Niee, przecież stara działała dobrze, a ta pewnie coś zepsuje!

Wydaje mi się, że i nam przydałby się czasami taki ogranicznik, który uruchamiałby się podczas instalowania wczesnej alphy wersji preview nowego oprogramowania. Wiele problemów moglibyśmy sobie tym zaoszczędzić.

Oczywiście takie narzekania na wszystkie aktualizacje też nie są warte pochwał. Zazwyczaj biorą się one ze zwykłego przyzwyczajenia. Ludzie już tak mają, że lubią rzeczy, które znają. Tak samo jest np. z muzyką. Warto jednak czasami zastanowić się, czy ta zmiana jest na pewno sensowna.

 

Kolejny przykład, jaki mi teraz przyszedł na myśl: Visual Studio 2017. Zainstalowałem go w wersji preview na ok 3 dni przed oficjalną premierą. 3 dni które dzieliły mnie od prawdopodobnie świetnie działającego IDE. Zamiast tego mam Visuala, który nie potrafi formatować tekstu w locie. Prawie za każdym razem, jak przechodzę do nowej linii to kursor jest kilka wcięć do tyłu. Przy kopiowaniu kodu dzieje się zupełna magia. Znajomi którzy zainstalowali go zaraz po premierze nie mają takiego problemu.

Prawdopodobnie miałem po prostu pecha. Prawdopodobnie wystarczy przeinstalować IDE. Ale prawdopodobnie wystarczyło również poczekać te 3 dni. I nawet nie musiałbym o tym myśleć.

 

Zastanawia mnie też jak w Microsofcie testują aktualizacje. Ile razy słyszy się o tym, że aktualizacja wywołuje black/blue screeny. Swoją drogą, przy aktualizacji do Creators Update również miałem blue screena. Dwa razy. Rozumiem, że nie można przetestować każdej konfiguracji jaka istnieje na świecie, ale do cholery, wypuszczacie aktualizację najpopularniejszego systemu na świecie, chcecie, by Windows 10 był na każdym możliwym komputerze, a nie potraficie dobrze zrobić aktualizacji. Nawet tej od bezpieczeństwa.

To są te momenty, w którym cholernie doceniam macOS. Ma on swoje wady, ale przynajmniej nie boję się, że przy ponownym włączeniu komputera ten odmówi posłuszeństwa.

 

Słowem zakończenia: testujmy nasze oprogramowanie po dodawaniu nowych funkcjonalności. Jak widać, wiele rzeczy zupełnie z nimi niezwiązanych może się popsuć 😉

 

Dzięki za odwiedziny, do zobaczenia, cześć!

 

Dodaj komentarz